Kotwica w dół, łódka zacumowana przy brukowanym nabrzeżu. Dalej już lądem – trzeba tylko znaleźć drogę. Most w lesie wygląda obiecująco.

Na brzegu przesiadka na Bloodwalta i zbieram zapasowe konie – młodego i starszego siwka biorę na linkę. Na Rifcie każdy koń się przyda.

Tniemy na skróty przez las, żeby zdążyć. Po drodze padł wielki pająk, trolla i niedźwiedzia mijamy bokiem. Słoneczniki i maki na polanie – chwila na zdjęcie i jedziemy dalej.

Jesteśmy na miejscu. Kamienne kolosy pilnują wjazdu, wokół pniaki po wyciętym lesie, a w dole obóz pełen namiotów i wozów.

Kolejny kolos z rozpostartymi szponami, a obok czerwony słup Riftu – tym razem już na wyciągnięcie ręki.

Na safe house nie ma już czasu – wystarczy sam namiot. Rozstawiam go w lesie obok obozu i zostawiam w nim zbędny bagaż: bawełnę, gwoździe i resztę drobiazgów. Do walki jadę na lekko.

Rzut oka w górę – wiązka Riftu przecina niebo prosto przez słońce. Z bliska widać, że to cały snop promieni, a nie jeden słup.

Ostatni gracze zjeżdżają się na miejsce – konno i wozami zaprzężonymi w woły. Nad zagrodą powiewa sztandar ze smokiem, a kolosy czekają razem z nami.

Widok zza pleców: czerwona zbroja świeżo po naprawie, wielki topór na ramieniu i dynie na naramiennikach, bo jesień zobowiązuje. Bloodwalt stoi spokojnie, sąsiad obok poprawia juki, a przed nami czerwony słup wbija się w ziemię między kolosami. Jeszcze chwila ciszy przed burzą.

W zagrodzie obok obozu hell horses – czarne, rogate, z lawą pękającą pod skórą i płonącymi oczami. Przy nich zwykły siwek wygląda wyjątkowo skromnie.
